Fakt, że dwie największe partie polityczne w Wielkiej Brytanii wciąż trzymają się systemu jednomandatowych okręgów wyborczych, sprawia, że nowe partie polityczne i nowe głosy nie mogą przedostać się do brytyjskiego parlamentu.
W każdym z ponad 650 okręgów zwycięża w wyborach kandydat z największą liczbą głosów, zdobywając jedno miejsce w parlamencie, ale głosy oddane na partie nie są sumowane na poziomie ogólnokrajowym. Od wielu lat coraz więcej ekspertów postuluje – póki co bezskutecznie – wprowadzenie zasady proporcjonalnego odwzorowania w Izbie Gmin.
Brytyjski eurodeputowany Partii Zielonych Scott Ainslie (50) jest rozczarowany, że Zieloni w ostatnich wyborach parlamentarnych w 2017 roku zdobyli ponad dwa miliony głosów, a mimo to tylko jedno miejsce. Obwinia o to Partię Pracy („jako jedyną partię socjaldemokratyczną na świecie!”) oraz konserwatystów, którzy wciąż trwają przy niedemokratycznym, archaicznym systemie.
Aby uniemożliwić konserwatystom Borisa Johnsona zdobycie większości, Greenparty, LibDems i nacjonaliści w Walii zawarli porozumienie listowe w ponad sześćdziesięciu okręgach. W tych okręgach nie konkurują ze sobą nawzajem. Dwie partie wycofały swoich kandydatów na korzyść trzeciej i wezwały swoich wyborców do głosowania na kandydata tej trzeciej partii. Szacuje się, że dzięki temu LibDems mogą zdobyć w całej Wielkiej Brytanii około trzydziestu dodatkowych miejsc, a Zieloni około dziesięciu.
„Nasz system polityczny pochodzi jeszcze z czasów arystokracji, wielkich właścicieli ziemskich i angielskiego społeczeństwa klasowego. Są okręgi, w których od stu lat nic się nie zmieniło. Polityka i rząd są dla zbyt wielu Brytyjczyków nadal czymś z dalekiego Londynu. Demokracja i prawo państwowe są prawie wcale nie nauczane w szkołach” – mówi Ainslie. Chciałby, aby politologia pojawiała się w programie nauczania częściej i wcześniej.
Greenparty uczyniła zmianę klimatu i ochronę środowiska głównym punktem swojej kampanii wyborczej. Przez długi czas wydawało się, że brytyjskie wybory dotyczą wyłącznie kwestii Brexitu – sztandaru konserwatystów – ale w ostatnich tygodniach zauważalna jest zmiana. Partia Pracy udało się uczynić przyszłość szpitali i krajowej służby zdrowia ich tematem, a LibDems stanowczo sprzeciwiają się opuszczeniu UE.
Brytyjscy Zieloni łączą swój ekologiczny temat z proklimatycznym wzrostem popularności wielu „zielonych” partii w Europie, takich jak w Danii, Szwecji, Holandii czy Niemczech. Nawet Unia Europejska ogłosiła Zielony Ład tematem nadchodzących lat. W brytyjskiej polityce Zieloni nie zdołali jeszcze osiągnąć podobnego przełomu, choć teraz także Partia Pracy, LibDems, SNP i walijscy nacjonaliści umieścili środowisko i klimat wysoko w swoich programach.
W kwestii członkostwa w Unii Europejskiej Zieloni zajmują pozycję pośrednią między LibDems a Partią Pracy. LibDems chcą natychmiast zakończyć cały proces Brexitu i pozostać w UE. Partia Pracy chce negocjować z Brukselą mniejsze porozumienie brexitowe i poddać wynik referendum wyborcom. Partia Pracy zachowa wobec tego neutralną pozycję. Zieloni – podobnie jak LibDems – chcą pozostać w UE, ale w takim drugim referendum będą opowiadać się za pozostaniem („Remain”).
„Nasz kraj potrzebuje leczenia, uzdrowienia, naprawy. Brexit, UKIP, Farage i Johnson przez ostatnie lata zniszczyli za dużo. Społeczności zostały podzielone. Rodziny rozdzielone. Ten kraj potrzebuje procesu uzdrowienia. Powinni to wyborcy być w stanie zakończyć własnym głosem. Dlatego jako Zieloni jesteśmy za pozostaniem w UE, ale także za drugim referendum” – powiedział Ainslie w swoim biurze w południowym Londynie, w Brixton.

